16.07.2018 14:40 0 mike

Wszyscy jesteśmy Adasiami, czyli „Dzień Świra” w Filharmonii Wejherowskiej

Fot. TTM

W ubiegłym piątek (13 lipca), po 15 latach od premiery kinowej, na scenę Filharmonii Wejherowskiej powrócił „Dzień Świra”. Publiczność, która szczelnie wypełniła salę, po raz kolejny przekonała się, że ponadczasowy przekaz, wykreowany przez Marka Koterskiego, się nie starzeje. Mimo upływu lat, wciąż można stwierdzić, że obraz społeczeństwa, mimo oczywistego przerysowania, znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości, w której wiele osób ma prawo się poczuć jak główny bohater, Adaś Miauczyński.

Długo wyczekiwany spektakl nie zawiódł nadziei. Trzeba jednak przyznać, że muzyczna warstwa nie do końca była lekkostrawna i oczywista. Wśród widowni nie brakło osób, które znały filmową wersją „Dnia Świra” niemal na pamięć. Taki schemat odbioru sprawiał, że przedstawienie, w którym muzyka była środkiem wyrazu artystycznego, a zarazem tworzyła tło, na początku mogło budzić mieszane uczucia. Z każdą jednak minutą muzyka i partie wokalne stawały się coraz bardziej „przezroczyste”.

Muzyka w tym spektaklu zarazem przeszkadza i pomaga. Przeszkadza w tym względzie, że jesteśmy w pewien sposób ograniczeni przez czas, miejsce, wysokość… – mówi Maciej Miecznikowski, odtwórca głównej roli. – Muzyka może też pomóc, bo można nieco więcej wyrazić za pomocą śpiewu. W średniowieczu mówiło się, że człowiek, który śpiewa, odrywa się od ciała i wtedy może więcej. Wydaje mi się jednak, że w śpiewaniu jest więcej emocji niż w słowie – zaznacza.

Emocji rzeczywiście w spektaklu nie zabrakło, także (a może – przede wszystkim) tych wrażanych poprzez śpiew. Żywych, naturalnych i znakomicie odtworzonych. To one poruszały widownię i wypełniały sceniczną przestrzeń między sacrum a profanum. Zresztą do takiego balansowania – między tym, co święte a przyziemne – przywykli miłośnicy poetyki tworzonej przez Marka Koterskiego.

Joanna Kołaczkowska, odtwórczyni głównych ról, przyznała, że sceniczna wersja „Dnia Świra” powstawała w ścisłym powiązaniu ze scenariuszem telewizyjnym. Marek Koterski nie pozwalał na zbyt wiele odstępstw. Dzięki temu udało się zachować rozpoznawalną konwencję tego twórcy filmowego, znaną również z innych obrazów, jak „Nic śmiesznego” czy „Ajlawju”. Co warto podkreślić – konwencję ponadczasową, która pozostaje aktualna po 15 latach od kinowej premiery „Dnia Świra”.

Zauważyliśmy, jak wiele wątków pokrywa się obecnie z różnymi współczesnymi kontekstami, nawet politycznymi, co początkowo wydawało się niemożliwe. Okazuje się jednak, że nic się nie zmieniło w naszej mentalności od tamtego czasu – podkreśla Joanna Kołaczkowska. –Myślę, że 15 lat to jednak bardzo mało. Może po 20–30 latach coś da się zauważyć… W tym, co się dzieje wokół nas, również w rzeczywiści społeczno-politycznej, wiele wątków się powtarza. Wszystko zatacza jakieś koło, dlatego konteksty tej sztuki jakoś się odnajdują – dodaje.

Nawiązania do współczesności sensu stricto były raczej dyskretne i subtelne. Pojawia się więc scena, w której Adaś robi sobie wspólne selfie z sąsiadem. Jest też zmieniona wersja słynnej „Modlitwy sąsiada”, w formie bardzo musicalowej. Są dyskretne nawiązania polityczne, choć trudno doszukiwać się bezpośrednich odwołań „tu i teraz”.

Dla Michała Koterskiego ponowne wcielenie się w rolę Sylwusia było prawdziwym powrotem do przeszłości. Jak sam przyznaje, początkowo podszedł do tego wyzwania z pewnym dystansem.

Nie ukrywam, że gdy dostałem taką propozycję, to miałem wiele obaw. Pierwszą obawą było to, że kiedyś to już zostało odegrane i zagrałem to w taki sposób, że ten występ stał się w jakiś sposób kultowy… Poza tym jest to spektakl muzyczny, gdzie trzeba śpiewać, a to już nie jest moja bajka. Śpiew nie jest dziedziną, w której czuję się mocny – przyznaje otwarcie Michał Koterski.

I rzeczywiście, partie wokalne aktora może nie były wisienką na torcie w spektaklu, choć wypadły poprawnie. Jednak raczej sama jego obecność na scenie, przyjęta entuzjastycznie przez publiczność, była dopełnieniem całości artystycznego wyrazu sztuki. Postać Sylwunia powinien zagrać tylko on. I dobrze, że się tak stało. Okazało się, że np. z kultowej sceny odmiany „to be” można jeszcze uzyskać całkiem nową jakość.

Podsumowując, sceniczną adaptację „Dnia Świra” można uznać za śmiały, ale udany eksperyment. Znakomita gra aktorska i dobrze wykonane partie wokalne tworzyły spójną całość. Oczywiste ograniczenia sceniczne, m.in. w zakresie rekwizytorni, nie zburzyły ogólnego efektu, a tym bardziej przesłania spektaklu. Co więcej, konwencja musicalowa jeszcze bardziej podkreślała zamierzoną groteskowość wielu scen, wyostrzając przekaz. A ten, jak już wspomniano, się nie zmienia. Nadal wielu z nas, parafrazując tytuł innego z filmów Marka Koterskiego, może powiedzieć: „Wszyscy jesteśmy Adasiami”…


Czytaj również:

Trwa Wczytywanie...